już 20.11.2008 umręęę. z radości.bo zobaczę tych państwa żywcem spoconych…
Kto nie zna niech już szybko sie zapoznaje z The Kills. A kto zna… to nie musze nic dodawać. Może poza tym, że najnowszy ich album rozjechał mnie 13 razy. kazdy kawałek był swojego rodzaju TIRem, który na pełnym gazie mnie zrównał z ziemią…ze taką sobie metarofe motoryzacyjną tutaj strzelę. ; )
Tak. Powiedziałabym ze ta płyta jest zdecydowanie w mojej Top 5 2008 roku…jeśli nie Top 3. ( i tu zaczelam sie zastanawiać w jakiej kolejności poukładałabym te albumy które ukochałam w tym roku…ale to może zostawmy dla posta typu “końcowo-roczne-podsumu…sie zaplątałąm…w sensie ze bedzie pewnie nie jeden post podsumowujący rok 2008 z mojej perspektywy. To i muzyka sie tam znajdzie na bank.o)
Oczywiście cała historia z The Kills wiąże się z Olą - Cookie vel Marktfresh – Poważyńską, której zawdzięczam nie tylko miłość i pożadanie jakie wywołali we mnie jakiś czas temu amerykańska wokalistka Alison “VV” Mosshart i brytyjski gitarzysta Jamie “Hotel” Hince… zawdzięczam jej dużo więcej muzycznych rewelacji. Bo ja taka nieuświadomiona kiedyś byłam… ; )
Tak więc z duszą, sercem i te pe na ramieniu oczekuję godzin póznowieczornych w czwartek <3
a na zakończenie tego jakże “podniecam.się.i.chwalę.za.razem.” posta, pierwszy kawałek jaki usłyszałam z Midnight Boom
no i kawałek, który pretendowałby do najulubieniejszego ulubionego na płycie gdyby nie fakt, że uwielbiam absolutie wszystkie!
“shout when you wanna get off teh ride
cos it crossed my mind
it crossed my mind
i’m a penny in a diamond mine
we could be movers
we could be shakers
if we could just shake something out of the blue
and get off the ride”
uh
<3









